Zbigniew Ryndak

Urojone urazy



 Nie widzę ratunku dla Polski. Czy to się nigdy nie skończy? Te swary, te żenujące kłótnie. Dwie wielkie prawicowe partie nie potrafią zgodnie współpracować dla kraju. Powiedzieć  ŚMIESZNE, to za mało.  To żałosna ciemna strona polskiego charakteru. Świat się  śmieje, gdy trwa publiczna batalia, kto ma lecieć do Brukseli  na szczyt Rady Unii Europejskiej 15-16 października. Premier mówi: - Ja będę na czele delegacji, prezydent: - Nie, ja; bo tam będzie poruszana sprawa Gruzji.  Owszem, ale temat Gruzji ma być poruszony  na kolacji szefów MSZ. Jak to będzie wyglądało? Wszyscy ministrowie spraw zagranicznych UE  zasiądą do kolacji, a tu wchodzi prezydent Polski i pcha się do stołu. A co wtedy z naszym ministrem Radosławem Sikorskim? Czy on potrzebuje adwokata? Czy mówi gorzej po angielsku od prezydenta? Wszyscy domorośli politolodzy i konstytucjonaliści mówią mi, że akurat ten wyjazd nie należy do prezydenta i powinien sobie odpuścić. Jak będzie nie wiem, ponieważ piszę felieton w niedziele w nocy. Zresztą jak będzie, tak będzie, lepiej na pewno nie będzie. Do tego wciąż mamy brudne klatki schodowe w wieżowcach. Te fatalnie ułożone płytki na chodnikach. Przyleciała znajoma z Kanady i skręciła nogę w kostce. W naszym kraju nie da się żyć bezpiecznie. Dziennikarze centralni i lokalni powinni bardziej zająć się dziurami w jezdniach i ordynarnie ułożonym polbrukiem. Dlaczego w Niemczech można równo ułożyć kostki chodnikowe a w Polsce nie?   

 

W naszym kraju mogłoby być całkiem miło, gdyby prezydent  prof. Lech Kaczyński nie demonstrował tak dużego poparcia dla PiS. Wszak zameldował swemu bratu Jarosławowi: „Prezesie, zadanie wykonane". Było to w sztabie wyborczym kilka godzin później, jak osobiście zagłosowałem na polityka, który obiecywał mordercom karę śmierci, a zamiast faktycznego dożywocia o mało co nie dostają orderów.  Wcześniej, kiedy prof. Lech Kaczyński był jeszcze prezydentem Warszawy ujął mnie prostotą w stosunkach międzyludzkich. „Spieprzaj dziadu" - rzekł do biednego człowieka i wsiadł do limuzyny. To naprawdę twardziel, pomyślałem. Mógł przecież wsiąść do samochodu w pełnym godności milczeniu i nie odpowiadać w ten sposób na zaczepki z ulicy. Nie wyobrażam sobie trzeciej wojny światowej i naszego prezydenta, zwierzchnika sił zbrojnych, pochylonego nad mapą sztabową. Generałowie nie mieliby nic do gadania. On wydawałby strategom rozkazy. Niewykluczone, że miałby rację.   Zanim dojdzie do trzeciej wojny światowej musimy w Polsce ulepszyć ustawodawstwo, w którym nie ma słowa „weterani", są tylko „kombatanci". Dlatego  ranni w Iraku żołnierze pozostawieni są samym sobie. Bez odszkodowań. Psychiatra Bogdan Klich kierujący MON-em, popierał i popiera wojnę w Iraku, żeby zaskarbić pomoc USA dla Polski, kiedy Litwa, Łotwa i Estonia na nas napadną. Bo jeśli napadnie jakiś inny większy kraj, to święty Boże nie pomoże.

Regularnie oglądam programy „Tomasz Lis na żywo".  Nie wyzbył się usterek telewizyjno-warsztatowych i już się ich nie wyzbędzie. Coraz częściej jawi się w roli Sądu Ostatecznego. Chyba dobrze robi. Każdy dziennikarz na swój sposób pragnie rozstrzygnąć problem i osądzić winę. Ale po co mu do tego potrzebny Jerzy Urban? Po to, żeby jako były rzecznik stanu wojennego wygłosił swoje credo. Więc powiedział,  że byliśmy bliscy wybuchu wojny domowej, a generał Jaruzelski bronił ustroju Polski, jaka była. Jedni parli do władzy, którzy nie mogli jej dostać, drudzy nie mogli władzy oddać nieuzbrojonemu tłumowi, (to o Solidarności). Urban zapowiedział, że będzie płacił generałowi część odebranej emerytury. Dodał też, że trzeba się rozprawić z miłośnikami Powstania Warszawskiego, którzy doprowadzili do niesłychanej rzezi Polaków i zniszczenia Stolicy. Powiedział też, że ściganie zbrodniarzy hitlerowskich po 60 latach jest głupotą. Generał teraz mówi, że wybrał mniejsze zło. W grudniu 1970 roku na Wybrzeżu Ludowe Wojsko Polskie strzelało do robotników. Szefem Ministerstwa Obrony Narodowej był wówczas gen. Wojciech Jaruzelski. Nie protestował. Nie podał się do dymisji. Nie poszedł na rentę. Jaruzelski ma krew na rękach ofiar Wybrzeża i wszystkich ofiar stanu wojennego. Natomiast red. Tomasz Lis mówi w Telewizji Publicznej skrajnie pluralistycznej, żeby „zdjąć nogę z gazu, bo generał ma 84 lata".  Oni zawsze wszyscy czują się niewinni. Jerzy Urban zaś nie omieszkał przypomnieć, że był i jest bezpartyjny. Po prostu dobry fachowiec. To on powiedział, że „rząd się wyżywi". Wysłał do Nowego Jorku śpiwory dla amerykańskich bezdomnych. W obronie Tomasza Lisa napisała do mnie jakaś anonimowa hiena w minispódniczce, że mam się od niego odczepić, bo mu do pięt nie dorastam. Sygnał przyszedł z Warszawy. Dzięki, że mnie tam czytają.

 

Nasze polityczne misie z rustykalną mentalnością bredzą w telewizji, że światowy kryzys gospodarczy nie dotyczy Polski, że nasze banki mają się dobrze. Jakie nasze, skoro prawie wszystkie znajdują się w obcych rękach. Tymczasem kryzys pełznie jak gigantyczny ślimak. Żałośni propagandyści piejący peany na cześć rządu lansują kretyńską metaforę, że oto nastąpi „prawdziwa Rewolucja październikowa". Tak dużo bowiem uchwalą w tym miesiącu nowych ustaw. Też znaleźli sobie przykład historyczny. Rewolucję październikową  wystrzałem z krążownika Aurora rozpoczęli bolszewicy w Piotrogrodzie w 1917 roku. Polało się morze krwi. Zaczęły się masowe mordy, terroryzm, deptanie praw. Zaczęła się budowa socjalizmu, w której znaczący udział mieli  Żydzi.  Ekipie Donalda Tuska najwyraźniej spodobały się wydarzenia sprzed 91 lat i bezmyślnie firmuje nimi własną politykę. A na bolszewików najlepszy jest prezydent Lech Kaczyński...  

 

Zbigniew Ryndak