Zbigniew Ryndak

CZAS WSZYSTKO NISZCZY


 Przeczytałem dwa fragmenty prozy:  Bastian Sondecki  „Czas Wszystko Odsłania".  Nigdy nie napisałem recenzji z żadnej książki. Dlatego  moje uwagi są niemiarodajne. Uderzyło mnie to, że w wielu miejscach daje znać o sobie publicystyka.  Oczywiście, można stwierdzić w jednym zdaniu, że życie jest do kitu. Ale prozaik powinien drobiazgowo adekwatnie do opowiadanej historii prowadzić narrację, bo tego właśnie oczekują czytelnicy. Opowiadać obrazami malowanymi przy pomocy słów. Pewnie, że doświadczony redaktor wydawnictwa wyczyściłby potknięcia i usunął dłużyzny. Drobiazgi językowe - „żyli niczym zgodna, kochająca się rodzina". „Czułam żar w krwiobiegu niczym przyczepiony"; „wyszeptała drżącym głosem". W następnym zdaniu znowu „wyszeptała". Kiedy Maria Dąbrowska pisała „Noce i dnie" starała się aby na tej samej stronie nie powtarzać tych samych słów. Znakomity prozaik Marek Hłasko zbiór opowiadań „Pierwszy krok w chmurach" wydał w 1956 roku. Miał wtedy 22 lata. Każda następna książka, to była rewelacja prozatorska. Stał się gwiazdą. Jak większość gwiazd spadł z gigantycznej wysokości. Czy  widziała Pani jak Marek Hłasko potrafił opowiadać? Czy pamięta Pani w jaki sposób Gabriel Garcia Márquez napisał „Sto lat samotności". Nawet w takim gadulstwie  jak „Blaszany Bębenek" Güntera Grassa  nie ma śladu publicystyki, a jest mnóstwo życia w Gdańsku na tle nazizmu. Przykładem klarownej dobrej polskiej prozy jest trzytomowa powieść Jerzego Krzysztonia „Obłęd". Najlepszym prozaikiem jest jednak Eustachy Rylski. Jego dwie mini  powieści „Stankiewicz. Powrót", przetłumaczone na wiele języków, otwarły przed nim błyskawiczną karierę literacką. Natomiast „Dziewczynka z hotelu Excelsior" to prozatorski majstersztyk. Niebywały kunszt językowy. Jeśli odniesie się Pani do prozy tych pisarzy wówczas zrozumie Pani co mogłoby być lepsze w Pani twórczości. Nie mówię o interesującej treści utworu „Czas Wszystko Odsłania", tylko o warsztacie.

 

Niestety, czas wszystko niszczy. Gdy za długo żyjemy naszą pamięć doprowadza do zera. Żółkną i rozpadają się w proch książki, które napisaliśmy. Któregoś dnia dopada człowieka iskra z kosmosu. Jerzy Krzysztoń z bezgraniczną szczerością opowiedział koleje swego losu w „Obłędzie", fundamentalnej epopei dla psychiatrii. Urodzony w 1931 roku w Lublinie, prozaik i dramaturg. W latach 1940-1942 przebywał w Kazachstanie i Uzbekistanie, później w Iranie, Indiach i Afryce. Ukończył anglistykę na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Debiutował w 1953 roku „Opowiadaniami indyjskimi". Był nagradzany za słuchowiska. W 1971 roku otrzymał nagrodę Pen-Clubu za książkę „Skok do Eldorado".

 

„Nikt nie wie, co  trzeba  przeżyć aby obłęd dojrzał i ogarnął człowieka bez reszty" - pisze Jerzy Krzysztoń. - Ileż to razy ludzie przeżywają  tak koszmarne rzeczy, że powinni natychmiast postradać zmysły. Tymczasem wcale nie wariują. Choćby - w większości - więźniowie kacetów. A innym wystarczy zwykłe szare życie i - krach. Już się smażą w ogniu obłędu! Kim są, zanim staną się obłąkani? Zanim zamknie się ich na dobre?  Bo to są takie kłębuszki wrażliwości. Świat dla nich cały jest z kolców. Usiłują się przystosować, ale to daremne. Albowiem jeszcze nie wiedzą, że Odys w nich śpi, że róża wykwita z cierni, a klejnot jest w lotosie, amen. I że nikt nad nimi nie płacze! Aż przychodzi ostatnia rozpaczliwa próba i - uciekają w szaleństwo... Widzę ich w tej chwili, jak krążą po zielonych korytarzach, zielonym linoleum i wyglądają jak algi albo wodorosty, tak się chwieją, kołyszą"... 

 

„Sam obłęd jest destrukcją albo nie wyjaśnioną grą lęków, rozpaczy, trwóg i udręk, chociaż w tej gehennie zdarzają się olśnienia".    

 

 

Zbigniew Ryndak